Ten one shot zajął II miejsce w konkursie na Spisie blogów o 1D.
Jeśli
kiedykolwiek będzie ci się wydawało, że znasz język obcy na tyle dobrze żeby
bez problemu zamówić sobie jedzenie w – nie do końca przypominającej
restauracji – restauracji, jesteś w błędzie. Uwierz mi, nie znasz go AŻ tak
dobrze. Nie ważne, że przeczytałeś ‘Jak szybko i skutecznie nauczyć się języka
obcego? Poradnik dla bystrzaków’ – nadal nie znasz go na tyle dobrze, aby
zamówić sobie coś do jedzenia. Skąd to wiem? Z własnej autopsji.
Ale zacznijmy od początku...
Dawno, dawno temu… Właściwie to
nie tak dawno, bo może dwie godziny temu postawiłam swoje stopy na hiszpańskiej
ziemi. Uczucie świetne, zwłaszcza, że już od dawna chciałam odwiedzić ojczyznę
Ikera Casillasa (ehem, taki bramkarz jakby ktoś nie wiedział). Tak, jestem
jedną z tych kobiet, które lubią sobie popatrzeć na gorących piłkarzy
biegających za piłką… A bo czemu i nie? Mam rację moje panie? Dobra, wracając
do historii, która zmieniła – nie do końca – całe moje życie. Po zostawieniu
bagaży w pokoju hotelowym razem z Ulką, moją przyjaciółką, która zgodziła mi
się towarzyszyć w tej niezwykłej podróży z Warszawy do Barcelony, ruszyłyśmy na
plażę. A ściślej to do jakiegoś baru, którego każdy omijał szerokim łukiem
zaraz obok plaży, na której był tylko jeden facet. Nagi facet, ale w to już się
nie zagłębiajmy.
- Fajnie tu – oświadczyła moja
blond przyjaciółka, odrzucając swoje loki do tyłu. Znacie taki typowy ruch,
który wykonuje każda laska w filmie romantycznym, żeby zauroczyć gościa, który
i tak od początku w scenariuszu miał napisane, że będą razem na dobre i na złe?
Tak, dokładnie ten. Jednak, kogo moja towarzyszka chciała w sobie rozkochać to
nie wiedziałam, bo dookoła żywej duszy nie było. Oczywiście, oprócz golasa na
plaży i kucharzo-kelnera tego cudownego baru. Sarkazm. – Cieszę się, że w końcu
wyrwałyśmy się z Polski – dodała uśmiechnięta. A ja cieszę się, że przed
wyjazdem miałam szczepienie przeciw tężcowi, bo nigdy nic nie wiadomo.
- Order? Order? – Dobra, ja tam
żadną poliglotką nie byłam, ale zdanie po angielsku to chyba jeszcze
potrafiłabym złożyć, czego nie można było powiedzieć o naszym
kucharzo-kelnerze. Ulka tylko przytaknęła, placem wskazując na coś w karcie
menu. Wspominałam, że cała karta była po hiszpańsku i nie miałam pojęcia, co zamówić?
Nie? No to mówię wam teraz. – You? – Tym razem Alfonso zwrócił się do mnie. Nie
wiem jak naprawdę miał na imię, ale Alfonso to jedno z tych imion, które
zapamiętałam z telenowel, które oglądała moja babcia. Pasowało.
- Zamów to samo, co ja –
zaproponowała Ulka i bez zgody, przekazała ‘’moje’’ zamówienie Alfonso.
Właściwie to wyświadczyła mi przysługę, bo za Chiny nie wiedziałabym, o co poprosić.
Bo co to właściwie jest patata? Patata jedynie kojarzyło mi się z jazdą na
koniu, a o to tu raczej nie chodziło. – Jestem taka podekscytowana! – Pisnęła,
z ciekawością rozglądając się dookoła. I tu właśnie się różniłyśmy. Ja wolałam
ekscytować się wszystkim w środku, natomiast moja przyjaciółka była przysłowiową
otwartą księgą. Czy jakoś tak…
- Przypomnij mi, dlaczego
wybrałyśmy ten lokal? – Zapytałam, kiedy w barze pojawił się pół nagi
mężczyzna. Lepiej pół nagi, nić kompletnie nagi, no nie? – Znowu mam to
przeczucie.
- Jakie przeczucie?
- No wiesz te, które mam zawsze,
kiedy ma się wydarzyć coś złego – mruknęłam tajemniczo. – Lub coś dobrego,
jeszcze tego nie rozszyfrowałam – dodałam, wzruszając ramionami.
- Opanuj się, Raven – westchnęła
Ulka, popijając swoją colę zero. – Poza tym, co ci się tu nie podoba?
Przynajmniej nie ma tłoku – palnęła. Czy ona tak na serio? Nie żebym ja jakaś
wybredna była, ale to miejsce, które pewnie nazywało się ‘Bar u Alfonso – darmowa
choroba weneryczna z każdym zamówieniem’, nie wyglądało jakby kiedykolwiek
otrzymało gwiazdkę Michelina.
- Dlaczego nie zjadłyśmy czegoś
w hotelowej restauracji? – Zapytałam, choć odpowiedź była oczywista. ‘Cholera
Nina, przyjechałyśmy zwiedzać, a nie siedzieć w hotelu!’
-
Cholera Nina, przyjechałyśmy zwiedzać, a nie siedzieć w hotelu! – A nie
mówiłam? Słowo w słowo. Znam tę cholerę lepiej niż samą siebie, więc się nie
dziwcie. – Poza tym, co to za wycieczka bez przygód?
- Jeśli nie dostaniemy tu żadnej
salmonelli, to dla mnie będzie to już wystarczająca przygoda – mruknęłam i w
tym samym momencie pojawił się Alfonso z naszym <chyba> jedzeniem.
Wszystko było podane na jakiejś srebrnej tacy, która koło srebra nigdy nie
leżała. Oczywiście, wszystko było jak w jakimś cholernym filmie. Tace były
przykryte takimi pokrywkami, jak… W filmach? No wiecie takie coś <nie>
srebrne, które przykrywa twoje jedzenie, żeby była niespodzianka, kiedy to
podniesiesz? Boże, moja opisy ssą. Wybaczcie.
- Qué aproveche! – Obie
wybąkałyśmy jakieś gracias, bo Alfonso chyba właśnie życzył nam smacznego.
Chociaż równie dobrze mógł życzyć nam żebyśmy się zadławiły, a my i tak
szczerzyłybyśmy się jak dwa przygłupy.
-
Czas na… - Już chciałam podnieść pokrywkę, kiedy Ulka zaczęła piszczeć jakby
jej rój pszczół w majtkach się zagnieździł. Czy się przestraszyłam? O Jezusiu!
Byłam przerażona, bo ona naprawdę wrzeszczała jakby ją prąd popieścił. Alfonso
chyba też się zaniepokoił, bo zerknął na nią może ze dwa razy. Wspominałam, że
tu za jedzenie płaci się zaraz po jego otrzymaniu? Hmm pewnie stała za tym
jakaś historia, ale obawiam się, że z Alfonso i tak sobie o tym nie pogadam.
- NINA! – Krzyk Ulki wyrwał mnie
z rozmyślania o Hiszpanie i ponownie cała moja uwaga skupiona była na jej
wściekłym spojrzeniu. – NIE UWIERZYSZ, KTO WŁAŚNIE PRZESZEDŁ OBOK TEGO BARU! –
Czy ona może przestać tak krzyczeć? Gość na plaży o mało, co zawału nie dostał.
- Kogo? – Naprawdę starałam się
być zainteresowana, ale jakoś jedzenie, które nadal znajdowało się pod przykryciem,
bardziej mnie interesowało. Poza tym wiedziałam, że z nią wszystko w porządku,
więc zero zmartwień i…
- ONE DIRECTION!
… I chyba właśnie
umarłam. Czy ona powiedziała One Direction? Czy ona powiedziała
zespół-który-Nina-kocha-nad-życie-i-zawsze-chciała-zobaczyć-na-żywo-ale-mieszkając-w-Polsce-nigdy-nie-było-to-możliwe-One-Direction?
O mój Boże! O MÓJ BOŻE! Nina, panuj nad sobą i nad swoimi odruchami wymiotnymi.
Spokojnie, wszystko będzie dob…
- Idziemy! – Ulka kolejny raz
wrzasnęła i była już przy drzwiach. Ocipiała? Nie można od tak sobie podejść to
pięciu Bogów! Trzeba się najpierw emocjonalnie przygotować! – Nina! Na co
czekasz? Bo ich zgubimy! – Po pierwsze to nie możemy ich zgubić, skoro wcale
ich nie śledziłyśmy. A po drugie moje emocjonalne przygotowanie jeszcze trwało!
- Jedzenie? – Tyle zdołałam z
siebie wydusić. Łał, zaczynałam przypominać Alfonso, który swoją drogą nadal
dziwnie się nam przyglądał. – Ulka! Jedzenie? – Czy ja naprawdę w takiej chwili
myślałam o jedzeniu? Żałosne.
- Do torby! – Krzyknęła, po czym
jednym ruchem wrzuciła zawartość tajemniczego talerza do swojej niebieskiej
torby. Bez słowa zrobiłam to samo i szczerze mówiąc nadal nie miałam pojęcia,
co Alfonso nam zaserwował.
Tyle to ja jeszcze nigdy w życiu
nie biegałam. Przysięgam, że spód moich japonek w pewnym momencie się zapalił,
ale Ulka mówiła żeby biec, więc biegłam. Ufałam Ulce. Kiedy byłyśmy na plaży –
na tej fajnej plaży, tej cool plaży, gdzie nie było gołych facetów i sterty
śmieci – zauważyłam ich. Była tam cała piątka, plus milion ochroniarzy, ale oni
mnie nie obchodzili. Pierwszy był Zayn. Bóg Grecki z Bradford. Jego skóra
mieniła się w słońcu jak diamenty! Czy to w ogóle było możliwe? Czy ten
człowiek naprawdę istniał? Czy ktoś to mógłby wyjaśnić? Obok Zayna stał boski
blondyn! Wszyscy wiedzą o kim mowa, prawda? Niall, och Niall. Ten jego uśmiech,
te oczy, te…. O MÓJ BOŻE LIAM PAYNE! Czy ten człowiek w ogóle wychodzi z
siłowni? Nie no serio Liam? Opuszczasz kiedykolwiek siłownię, czy pakujesz
24/7? Znaczy teraz był na plaży, więc pewnie opuszcza… Uh! Dobra, nie ważne.
Ważny jest za to Harry Styles, który właśnie leżał na leżaku. Był tam w całej
okazałości, a ja mogłam sobie na niego patrzeć ile tylko chciałam! Chociaż, to
właśnie robiła Ulka, która w Harrym zakochana była od początku, więc ja
postanowiłam nacieszyć swoje oczy najstarszym członkiem One Direction. Louis
Tomlinson – moja miłość. Tak, dobrze widzicie. Kocham Louisa i się tego nie
wstydzę! No może troszkę, bo czasami zachowuję się jak wariatka i moja mama raz
nawet zagroziła, że jeśli nie przestanę się tak ‘obsesyjnie’ zachowywać wyśle
mnie do szkoły z internatem, więc musiałam trochę przystopować.
- O mój Boże – Wydusiła Ulka,
przykładając dłoń do lewej piersi. Chyba przeżywała to tak samo jak ja. – Nie
wierzę, że oni tu są! Myślisz, że kiedy nas zobaczą stracą dla nas głowy i
będziemy ze sobą na dobre i na złe? – Nie, ale nadzieja matką głupich. Poza tym
Louis był nadal z Eleanor, więc moje szanse z -15 spadły do -28. Życie.
- Co robimy? – Zapytałam. Wpatrywałyśmy
się w nich od dobrych piętnastu minut, więc wypadałoby w końcu coś postanowić.
– Wracamy do baru Alfonsa czy zostajemy i jak psychopatki będziemy się im z
daleka przyglądać?
- Po pierwsze, kim jest Alfonso?
– To pytanie postanowiłam przemilczeć, bo powinna się domyślić sama o kogo
chodziło. – A po drugie to IDZIEMY SIĘ Z NIMI PRZYWITAĆ! – I już jej nie było.
Znaczy się była, ale nie koło mnie. Iść za nią czy nadal stać w tym samym
miejscu i czekać na zbawienie? – NINA! – Iść za nią, bo i tak już zwróciła na
siebie uwagę wszystkich. No i na mnie przy okazji też. Nie dziękuję.
- Hi – pisnęła, machając jak oszalała,
mimo, że Niall był tuż przed nią. Nie wiem, czemu nie było tu miliona innych
fanów, ale dzięki za to Bogu, amen.
- No photos – burknął napakowany
facet, kiedy Ulka celowała telefonem w blondyna. Horan, wyraźnie ucieszony z
naszego, a raczej Ulki wybuchu radości, tylko machnął ręką i szybko cyknął
sobie samojebkę z moją blond przyjaciółką. A ja nadal stałam i stałam i stałam
i…
- Hello – i umarłam. Czy ja
nadal stałam czy już nie? Boże, mój Boże przede mną stał Louis Tomlinson!
Jezusiu z Nazaretu to się działo naprawdę. Chyba już nie oddychałam, ale to nie
było ważne. – You ok? – Pokiwałam głową, bo bałam się tego, co mogło wydobyć
się z moich ust wraz z ich otworzeniem. Jestem pewna, że byłby to długi,
nieznośny pisk, więc lepiej sobie to darować. – Do you want a photo or…
something? (1) – Zapytał niepewnie. Nie dziwię mu się, bo pewnie bał się
reakcji, którą właśnie Ulka przywitała biednego Harry’ego. Powiedzmy tylko, że
ochroniarze musieli wkroczyć do akcji.
- Yes, please – wyjąkałam.
Serio? Może mój angielski nie był na poziome eksperta, ale mogłam przynajmniej
coś o pogodzie zagaić.
- Let me take it (2) –
uśmiechnął się, biorąc mój telefon. Stałam po jego prawej stronie i nawet
delikatnie oparłam głowę o jego ramię. JOŁŁŁ! Nigdy nawet nie pomyślałam, że
kiedykolwiek będę tak blisko kogoś z One Direction. – Done. Cute smile (3) –
oddał mi telefon i zarzucił komplementem. Moje nogi już nie były jak z waty,
ale teraz to już przypominały rozgotowany makaron.
- Thank you – wyjąkałam. Zaraz, zaraz. Czy ja się czerwieniłam? Matko na
ziemi i niebie ja się zaczerwieniłam! Nieee, nie w takim momencie, błagam.
- You’re not from here, right? –
Zapytał, na co ja wydukałam ciche ‘no’. Serio, Nina weź się w garść. - So what you doing here then? (4)
- We’re on holid… - I właśnie w
tym momencie moja torebka się poruszyła. Tak sama z siebie. Co do…? Dobra, nie
ważne. To pewnie wiatr, a ja miałam przed sobą miłość swojego życia… Nina,
priorytety! – We’re on holidays – odpowiedziałam, uśmiechając się. Moja babcia
Jadzia zawsze mawiała, że męża można zdobyć na dwa sposoby: jedzeniem albo
uśmiechem. Jestem pewna, że to nie do końca tak było, ale w tym momencie
uśmiech to była moja najlepsza broń! Tak, będę nieskromna i powiem, że mam
zajebisty uśmiech.
- Us too (5) – uśmiechnął się. I
już ponownie otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy ktoś zaczął
wrzeszczeć. Przeraźliwie wrzeszczeć, jakby go ze skóry obdzierali. Odwróciłam
się do reszty i normalnie mnie wmurowało. Harry Styles biegał w kółko jak opętany
z torebką mojej przyjaciółki, która biegała za nim. Taka trochę scena jak z
Benny Hilla, ale było więcej krzyku. Chyba nikt z pozostałych też nie wiedział,
co się działo, bo wszyscy tak samo jak ja z otwartymi buziami wpatrywali się w
Ulkę i Harryego.
- What the fuck? – Tak Liam,
zgadzam się. What the fuck? Harry cisnął torebką Ulki w naszą stronę i mimo, że
żadne z nas nie miało pojęcia, co w niej było, zaczęliśmy uciekać każdy w swoją
stronę. Biegłam ile sił w nogach i nadal nie wiedziałam, po jaką cholerę! Po
kilku sekundach zatrzymałam się, rozglądając się dookoła. Harry siedział w
wodzie szorując rękę (nie miałam pojęcia dlaczego), moja przyjaciółka była
zaraz obok niego, pewnie przepraszając. Liam i Niall byli po drugiej stronie
plaży, a Louis… Louis był zaraz obok mnie! Czułam się jakbym właśnie wygrała na
lot… Co do…?
- Everything alright? (6) – Nie,
Louis nic nie jest alright. Miałam nadzieję, że to delikatne smyranie to był
jakiś motyl czy coś w ten deseń. Bałam się spojrzeć na swoją prawą rękę, bo to
właśnie w tych okolicach czułam to bardzo dziwne… coś? Nawet nie mogłam tego
opisać, bo to coś, co mnie właśnie dotykało było bardzo dziwne. Coś pomiędzy
wężem a żabą. Przerażona, zajrzałam do torebki i zamarłam. Ośmiornica. W mojej
cudownej torebce była żywa ośmiornica. ŻYWA OŚMIORNICA. I wspinała mi się po
ręce. JEZU! Jednym, zwinnym ruchem rzuciłam tym ohydztwem w nieokreślonym
kierunku. Zadowolona, swój wzrok przeniosłam na Louisa. Leżącego na ziemi. Z
ośmiornicą na twarzy. Z ochroniarzami, odrywającymi to coś od niego.
- I’m so sorry! – Załkałam,
podbiegając do poszkodowanego chłopaka. Kiedy już dryblasy uwolnili go z macek
ośmiornicy, widocznie odetchnął z ulgą. I wcale mu się nie dziwiłam. – I’m
real… - Nie dał mi skończyć. Najpierw obrzucił mnie spojrzeniem jakbym mu pół
rodziny patelnią wybiła, a później po prostu sobie odszedł. Czy byłam załamana?
I to jeszcze jak! Z prędkością światła podbiegłam do niego, ale jeden z
ochroniarzy zagrodził mi drogę. Dobra, nie będę się biła. Usiadłam na piasku i
postanowiłam trochę się po użalać nad swoim losem. Taka szansa, całkowicie
zmarnowana. Dziwię się, że do więzienia mnie nie wpakowali. Po kilku minutach
obok mnie pojawiła się również załamana Ulka.
-
Harry kazał mi spadać – mruknęła.
- Louis nic nie powiedział –
oznajmiłam, wzruszając ramionami. – Po prostu sobie odszedł.
- Myślisz, że jeszcze kiedyś się
z nimi zobaczymy? – Załkała, otrzepując sukienkę z piasku. Dobra, zabrzmiało to
trochę jak z jakiejś telenoweli, ale nie będę dla niej niemiła. Była załamana,
no i ja w sumie też.
- Nie wiem – odpowiedziałam. –
Ale Alfonso dupę na pewno skopię – dodałam, podnosząc się na równe nogi. Może i
One Direction nas nienawidziło, ale przynajmniej mamy zdjęcia. A to już jakiś
plus, prawda?
Wracając do samego początku tej
opowieści: PAMIĘTAJCIE O SŁOWNIKACH! I o tym, że ośmiornice gdzieś tam są i
tylko czekają, żeby zniszczyć wasze szanse na wielką miłość.
Słowniczek:
(1)
Chcesz
zdjęcie czy… coś?
(2)
Pozwól,
że ja je zrobię (zdjęcie).
(3)
Gotowe.
Słodki uśmiech.
(4)
Nie
jesteś stąd, prawda? / Więc co tu robisz?
(5)
Jesteśmy
na wakacjach. / My też.
(6)
Wszystko
w porządku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze zablokowane :) Czytajcie i (mam nadzieję) śmiejcie się! xx
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.