środa, 9 lipca 2014

Witaj Barcelono! Czyli 1D, ośmiornica i Alfonso, który wcale nie był Alfonsem.


Ten one shot zajął II miejsce w konkursie na Spisie blogów o 1D.

Jeśli kiedykolwiek będzie ci się wydawało, że znasz język obcy na tyle dobrze żeby bez problemu zamówić sobie jedzenie w – nie do końca przypominającej restauracji – restauracji, jesteś w błędzie. Uwierz mi, nie znasz go AŻ tak dobrze. Nie ważne, że przeczytałeś ‘Jak szybko i skutecznie nauczyć się języka obcego? Poradnik dla bystrzaków’ – nadal nie znasz go na tyle dobrze, aby zamówić sobie coś do jedzenia. Skąd to wiem? Z własnej autopsji.

Ale zacznijmy od początku...
                
Dawno, dawno temu… Właściwie to nie tak dawno, bo może dwie godziny temu postawiłam swoje stopy na hiszpańskiej ziemi. Uczucie świetne, zwłaszcza, że już od dawna chciałam odwiedzić ojczyznę Ikera Casillasa (ehem, taki bramkarz jakby ktoś nie wiedział). Tak, jestem jedną z tych kobiet, które lubią sobie popatrzeć na gorących piłkarzy biegających za piłką… A bo czemu i nie? Mam rację moje panie? Dobra, wracając do historii, która zmieniła – nie do końca – całe moje życie. Po zostawieniu bagaży w pokoju hotelowym razem z Ulką, moją przyjaciółką, która zgodziła mi się towarzyszyć w tej niezwykłej podróży z Warszawy do Barcelony, ruszyłyśmy na plażę. A ściślej to do jakiegoś baru, którego każdy omijał szerokim łukiem zaraz obok plaży, na której był tylko jeden facet. Nagi facet, ale w to już się nie zagłębiajmy.

                - Fajnie tu – oświadczyła moja blond przyjaciółka, odrzucając swoje loki do tyłu. Znacie taki typowy ruch, który wykonuje każda laska w filmie romantycznym, żeby zauroczyć gościa, który i tak od początku w scenariuszu miał napisane, że będą razem na dobre i na złe? Tak, dokładnie ten. Jednak, kogo moja towarzyszka chciała w sobie rozkochać to nie wiedziałam, bo dookoła żywej duszy nie było. Oczywiście, oprócz golasa na plaży i kucharzo-kelnera tego cudownego baru. Sarkazm. – Cieszę się, że w końcu wyrwałyśmy się z Polski – dodała uśmiechnięta. A ja cieszę się, że przed wyjazdem miałam szczepienie przeciw tężcowi, bo nigdy nic nie wiadomo.

                - Order? Order? – Dobra, ja tam żadną poliglotką nie byłam, ale zdanie po angielsku to chyba jeszcze potrafiłabym złożyć, czego nie można było powiedzieć o naszym kucharzo-kelnerze. Ulka tylko przytaknęła, placem wskazując na coś w karcie menu. Wspominałam, że cała karta była po hiszpańsku i nie miałam pojęcia, co zamówić? Nie? No to mówię wam teraz. – You? – Tym razem Alfonso zwrócił się do mnie. Nie wiem jak naprawdę miał na imię, ale Alfonso to jedno z tych imion, które zapamiętałam z telenowel, które oglądała moja babcia. Pasowało.

                - Zamów to samo, co ja – zaproponowała Ulka i bez zgody, przekazała ‘’moje’’ zamówienie Alfonso. Właściwie to wyświadczyła mi przysługę, bo za Chiny nie wiedziałabym, o co poprosić. Bo co to właściwie jest patata? Patata jedynie kojarzyło mi się z jazdą na koniu, a o to tu raczej nie chodziło. – Jestem taka podekscytowana! – Pisnęła, z ciekawością rozglądając się dookoła. I tu właśnie się różniłyśmy. Ja wolałam ekscytować się wszystkim w środku, natomiast moja przyjaciółka była przysłowiową otwartą księgą. Czy jakoś tak…

                - Przypomnij mi, dlaczego wybrałyśmy ten lokal? – Zapytałam, kiedy w barze pojawił się pół nagi mężczyzna. Lepiej pół nagi, nić kompletnie nagi, no nie? – Znowu mam to przeczucie.

                - Jakie przeczucie?

                - No wiesz te, które mam zawsze, kiedy ma się wydarzyć coś złego – mruknęłam tajemniczo. – Lub coś dobrego, jeszcze tego nie rozszyfrowałam – dodałam, wzruszając ramionami.

                - Opanuj się, Raven – westchnęła Ulka, popijając swoją colę zero. – Poza tym, co ci się tu nie podoba? Przynajmniej nie ma tłoku – palnęła. Czy ona tak na serio? Nie żebym ja jakaś wybredna była, ale to miejsce, które pewnie nazywało się ‘Bar u Alfonso – darmowa choroba weneryczna z każdym zamówieniem’, nie wyglądało jakby kiedykolwiek otrzymało gwiazdkę Michelina.

                - Dlaczego nie zjadłyśmy czegoś w hotelowej restauracji? – Zapytałam, choć odpowiedź była oczywista. ‘Cholera Nina, przyjechałyśmy zwiedzać, a nie siedzieć w hotelu!’

                - Cholera Nina, przyjechałyśmy zwiedzać, a nie siedzieć w hotelu! – A nie mówiłam? Słowo w słowo. Znam tę cholerę lepiej niż samą siebie, więc się nie dziwcie. – Poza tym, co to za wycieczka bez przygód?

                - Jeśli nie dostaniemy tu żadnej salmonelli, to dla mnie będzie to już wystarczająca przygoda – mruknęłam i w tym samym momencie pojawił się Alfonso z naszym <chyba> jedzeniem. Wszystko było podane na jakiejś srebrnej tacy, która koło srebra nigdy nie leżała. Oczywiście, wszystko było jak w jakimś cholernym filmie. Tace były przykryte takimi pokrywkami, jak… W filmach? No wiecie takie coś <nie> srebrne, które przykrywa twoje jedzenie, żeby była niespodzianka, kiedy to podniesiesz? Boże, moja opisy ssą. Wybaczcie.

                - Qué aproveche! – Obie wybąkałyśmy jakieś gracias, bo Alfonso chyba właśnie życzył nam smacznego. Chociaż równie dobrze mógł życzyć nam żebyśmy się zadławiły, a my i tak szczerzyłybyśmy się jak dwa przygłupy.

                - Czas na… - Już chciałam podnieść pokrywkę, kiedy Ulka zaczęła piszczeć jakby jej rój pszczół w majtkach się zagnieździł. Czy się przestraszyłam? O Jezusiu! Byłam przerażona, bo ona naprawdę wrzeszczała jakby ją prąd popieścił. Alfonso chyba też się zaniepokoił, bo zerknął na nią może ze dwa razy. Wspominałam, że tu za jedzenie płaci się zaraz po jego otrzymaniu? Hmm pewnie stała za tym jakaś historia, ale obawiam się, że z Alfonso i tak sobie o tym nie pogadam.

                - NINA! – Krzyk Ulki wyrwał mnie z rozmyślania o Hiszpanie i ponownie cała moja uwaga skupiona była na jej wściekłym spojrzeniu. – NIE UWIERZYSZ, KTO WŁAŚNIE PRZESZEDŁ OBOK TEGO BARU! – Czy ona może przestać tak krzyczeć? Gość na plaży o mało, co zawału nie dostał.

                - Kogo? – Naprawdę starałam się być zainteresowana, ale jakoś jedzenie, które nadal znajdowało się pod przykryciem, bardziej mnie interesowało. Poza tym wiedziałam, że z nią wszystko w porządku, więc zero zmartwień i…

                - ONE DIRECTION!

… I chyba właśnie umarłam. Czy ona powiedziała One Direction? Czy ona powiedziała zespół-który-Nina-kocha-nad-życie-i-zawsze-chciała-zobaczyć-na-żywo-ale-mieszkając-w-Polsce-nigdy-nie-było-to-możliwe-One-Direction? O mój Boże! O MÓJ BOŻE! Nina, panuj nad sobą i nad swoimi odruchami wymiotnymi. Spokojnie, wszystko będzie dob…

                - Idziemy! – Ulka kolejny raz wrzasnęła i była już przy drzwiach. Ocipiała? Nie można od tak sobie podejść to pięciu Bogów! Trzeba się najpierw emocjonalnie przygotować! – Nina! Na co czekasz? Bo ich zgubimy! – Po pierwsze to nie możemy ich zgubić, skoro wcale ich nie śledziłyśmy. A po drugie moje emocjonalne przygotowanie jeszcze trwało!

                - Jedzenie? – Tyle zdołałam z siebie wydusić. Łał, zaczynałam przypominać Alfonso, który swoją drogą nadal dziwnie się nam przyglądał. – Ulka! Jedzenie? – Czy ja naprawdę w takiej chwili myślałam o jedzeniu? Żałosne.

                - Do torby! – Krzyknęła, po czym jednym ruchem wrzuciła zawartość tajemniczego talerza do swojej niebieskiej torby. Bez słowa zrobiłam to samo i szczerze mówiąc nadal nie miałam pojęcia, co Alfonso nam zaserwował.

               
                Tyle to ja jeszcze nigdy w życiu nie biegałam. Przysięgam, że spód moich japonek w pewnym momencie się zapalił, ale Ulka mówiła żeby biec, więc biegłam. Ufałam Ulce. Kiedy byłyśmy na plaży – na tej fajnej plaży, tej cool plaży, gdzie nie było gołych facetów i sterty śmieci – zauważyłam ich. Była tam cała piątka, plus milion ochroniarzy, ale oni mnie nie obchodzili. Pierwszy był Zayn. Bóg Grecki z Bradford. Jego skóra mieniła się w słońcu jak diamenty! Czy to w ogóle było możliwe? Czy ten człowiek naprawdę istniał? Czy ktoś to mógłby wyjaśnić? Obok Zayna stał boski blondyn! Wszyscy wiedzą o kim mowa, prawda? Niall, och Niall. Ten jego uśmiech, te oczy, te…. O MÓJ BOŻE LIAM PAYNE! Czy ten człowiek w ogóle wychodzi z siłowni? Nie no serio Liam? Opuszczasz kiedykolwiek siłownię, czy pakujesz 24/7? Znaczy teraz był na plaży, więc pewnie opuszcza… Uh! Dobra, nie ważne. Ważny jest za to Harry Styles, który właśnie leżał na leżaku. Był tam w całej okazałości, a ja mogłam sobie na niego patrzeć ile tylko chciałam! Chociaż, to właśnie robiła Ulka, która w Harrym zakochana była od początku, więc ja postanowiłam nacieszyć swoje oczy najstarszym członkiem One Direction. Louis Tomlinson – moja miłość. Tak, dobrze widzicie. Kocham Louisa i się tego nie wstydzę! No może troszkę, bo czasami zachowuję się jak wariatka i moja mama raz nawet zagroziła, że jeśli nie przestanę się tak ‘obsesyjnie’ zachowywać wyśle mnie do szkoły z internatem, więc musiałam trochę przystopować.

                - O mój Boże – Wydusiła Ulka, przykładając dłoń do lewej piersi. Chyba przeżywała to tak samo jak ja. – Nie wierzę, że oni tu są! Myślisz, że kiedy nas zobaczą stracą dla nas głowy i będziemy ze sobą na dobre i na złe? – Nie, ale nadzieja matką głupich. Poza tym Louis był nadal z Eleanor, więc moje szanse z -15 spadły do -28. Życie.

                - Co robimy? – Zapytałam. Wpatrywałyśmy się w nich od dobrych piętnastu minut, więc wypadałoby w końcu coś postanowić. – Wracamy do baru Alfonsa czy zostajemy i jak psychopatki będziemy się im z daleka przyglądać?

                - Po pierwsze, kim jest Alfonso? – To pytanie postanowiłam przemilczeć, bo powinna się domyślić sama o kogo chodziło. – A po drugie to IDZIEMY SIĘ Z NIMI PRZYWITAĆ! – I już jej nie było. Znaczy się była, ale nie koło mnie. Iść za nią czy nadal stać w tym samym miejscu i czekać na zbawienie? – NINA! – Iść za nią, bo i tak już zwróciła na siebie uwagę wszystkich. No i na mnie przy okazji też. Nie dziękuję.

                - Hi – pisnęła, machając jak oszalała, mimo, że Niall był tuż przed nią. Nie wiem, czemu nie było tu miliona innych fanów, ale dzięki za to Bogu, amen.

                - No photos – burknął napakowany facet, kiedy Ulka celowała telefonem w blondyna. Horan, wyraźnie ucieszony z naszego, a raczej Ulki wybuchu radości, tylko machnął ręką i szybko cyknął sobie samojebkę z moją blond przyjaciółką. A ja nadal stałam i stałam i stałam i…

                - Hello – i umarłam. Czy ja nadal stałam czy już nie? Boże, mój Boże przede mną stał Louis Tomlinson! Jezusiu z Nazaretu to się działo naprawdę. Chyba już nie oddychałam, ale to nie było ważne. – You ok? – Pokiwałam głową, bo bałam się tego, co mogło wydobyć się z moich ust wraz z ich otworzeniem. Jestem pewna, że byłby to długi, nieznośny pisk, więc lepiej sobie to darować. – Do you want a photo or… something? (1) – Zapytał niepewnie. Nie dziwię mu się, bo pewnie bał się reakcji, którą właśnie Ulka przywitała biednego Harry’ego. Powiedzmy tylko, że ochroniarze musieli wkroczyć do akcji.

                - Yes, please – wyjąkałam. Serio? Może mój angielski nie był na poziome eksperta, ale mogłam przynajmniej coś o pogodzie zagaić.

                - Let me take it (2) – uśmiechnął się, biorąc mój telefon. Stałam po jego prawej stronie i nawet delikatnie oparłam głowę o jego ramię. JOŁŁŁ! Nigdy nawet nie pomyślałam, że kiedykolwiek będę tak blisko kogoś z One Direction. – Done. Cute smile (3) – oddał mi telefon i zarzucił komplementem. Moje nogi już nie były jak z waty, ale teraz to już przypominały rozgotowany makaron.

- Thank you – wyjąkałam. Zaraz, zaraz. Czy ja się czerwieniłam? Matko na ziemi i niebie ja się zaczerwieniłam! Nieee, nie w takim momencie, błagam.

                - You’re not from here, right? – Zapytał, na co ja wydukałam ciche ‘no’. Serio, Nina weź się w garść. -  So what you doing here then? (4)

                - We’re on holid… - I właśnie w tym momencie moja torebka się poruszyła. Tak sama z siebie. Co do…? Dobra, nie ważne. To pewnie wiatr, a ja miałam przed sobą miłość swojego życia… Nina, priorytety! – We’re on holidays – odpowiedziałam, uśmiechając się. Moja babcia Jadzia zawsze mawiała, że męża można zdobyć na dwa sposoby: jedzeniem albo uśmiechem. Jestem pewna, że to nie do końca tak było, ale w tym momencie uśmiech to była moja najlepsza broń! Tak, będę nieskromna i powiem, że mam zajebisty uśmiech.

                - Us too (5) – uśmiechnął się. I już ponownie otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy ktoś zaczął wrzeszczeć. Przeraźliwie wrzeszczeć, jakby go ze skóry obdzierali. Odwróciłam się do reszty i normalnie mnie wmurowało. Harry Styles biegał w kółko jak opętany z torebką mojej przyjaciółki, która biegała za nim. Taka trochę scena jak z Benny Hilla, ale było więcej krzyku. Chyba nikt z pozostałych też nie wiedział, co się działo, bo wszyscy tak samo jak ja z otwartymi buziami wpatrywali się w Ulkę i Harryego.           
                - What the fuck? – Tak Liam, zgadzam się. What the fuck? Harry cisnął torebką Ulki w naszą stronę i mimo, że żadne z nas nie miało pojęcia, co w niej było, zaczęliśmy uciekać każdy w swoją stronę. Biegłam ile sił w nogach i nadal nie wiedziałam, po jaką cholerę! Po kilku sekundach zatrzymałam się, rozglądając się dookoła. Harry siedział w wodzie szorując rękę (nie miałam pojęcia dlaczego), moja przyjaciółka była zaraz obok niego, pewnie przepraszając. Liam i Niall byli po drugiej stronie plaży, a Louis… Louis był zaraz obok mnie! Czułam się jakbym właśnie wygrała na lot… Co do…?

                - Everything alright? (6) – Nie, Louis nic nie jest alright. Miałam nadzieję, że to delikatne smyranie to był jakiś motyl czy coś w ten deseń. Bałam się spojrzeć na swoją prawą rękę, bo to właśnie w tych okolicach czułam to bardzo dziwne… coś? Nawet nie mogłam tego opisać, bo to coś, co mnie właśnie dotykało było bardzo dziwne. Coś pomiędzy wężem a żabą. Przerażona, zajrzałam do torebki i zamarłam. Ośmiornica. W mojej cudownej torebce była żywa ośmiornica. ŻYWA OŚMIORNICA. I wspinała mi się po ręce. JEZU! Jednym, zwinnym ruchem rzuciłam tym ohydztwem w nieokreślonym kierunku. Zadowolona, swój wzrok przeniosłam na Louisa. Leżącego na ziemi. Z ośmiornicą na twarzy. Z ochroniarzami, odrywającymi to coś od niego.

                - I’m so sorry! – Załkałam, podbiegając do poszkodowanego chłopaka. Kiedy już dryblasy uwolnili go z macek ośmiornicy, widocznie odetchnął z ulgą. I wcale mu się nie dziwiłam. – I’m real… - Nie dał mi skończyć. Najpierw obrzucił mnie spojrzeniem jakbym mu pół rodziny patelnią wybiła, a później po prostu sobie odszedł. Czy byłam załamana? I to jeszcze jak! Z prędkością światła podbiegłam do niego, ale jeden z ochroniarzy zagrodził mi drogę. Dobra, nie będę się biła. Usiadłam na piasku i postanowiłam trochę się po użalać nad swoim losem. Taka szansa, całkowicie zmarnowana. Dziwię się, że do więzienia mnie nie wpakowali. Po kilku minutach obok mnie pojawiła się również załamana Ulka.

                - Harry kazał mi spadać – mruknęła.

                - Louis nic nie powiedział – oznajmiłam, wzruszając ramionami. – Po prostu sobie odszedł.
                - Myślisz, że jeszcze kiedyś się z nimi zobaczymy? – Załkała, otrzepując sukienkę z piasku. Dobra, zabrzmiało to trochę jak z jakiejś telenoweli, ale nie będę dla niej niemiła. Była załamana, no i ja w sumie też.

                - Nie wiem – odpowiedziałam. – Ale Alfonso dupę na pewno skopię – dodałam, podnosząc się na równe nogi. Może i One Direction nas nienawidziło, ale przynajmniej mamy zdjęcia. A to już jakiś plus, prawda?

                Wracając do samego początku tej opowieści: PAMIĘTAJCIE O SŁOWNIKACH! I o tym, że ośmiornice gdzieś tam są i tylko czekają, żeby zniszczyć wasze szanse na wielką miłość.


Słowniczek:
(1)    Chcesz zdjęcie czy… coś?
(2)    Pozwól, że ja je zrobię (zdjęcie).
(3)    Gotowe. Słodki uśmiech.
(4)    Nie jesteś stąd, prawda? / Więc co tu robisz?
(5)    Jesteśmy na wakacjach. / My też.
(6)    Wszystko w porządku? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze zablokowane :) Czytajcie i (mam nadzieję) śmiejcie się! xx

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.